Naprawdę wierzysz w to, co myślą o Tobie inni?

admin / 15 grudnia, 2019

Jadę z moją małą szamanką samochodem. Nie zdążyłyśmy się od rana o nic pokłócić, jest więc idealnie, naprawdę idealnie. I jeszcze do tego świeci słońce. Mam pewność, że już zawsze będziemy się z moją córką świetnie rozumieć, pożyczać sobie ubrania i wymieniać porozumiewawcze spojrzenia podczas rodzinnych spotkań.

Takie to urocze: łagodnie uśmiechająca się do autostrady mama i jej słodka córeczka z warkoczami („Ałaaa! Musisz mnie tak ciągnąć, gdy mnie czeszesz?” Nie, to musiała powiedzieć wczoraj).

Ala czyta. Czyta, bo jej kazałam czytać. Czyta o tym durnym kotku i nagle oświadcza:

– Skończyłam.

Nie prosi jak zawsze o włączenie muzyki. Milczy. Nagle jednak przemawia:

– W pewnym sensie ludzie to dzieci Boga.

Z wrażenia ręce mi się prostują w łokciach tak, że prawie unoszę się prostopadle do dachu, a nogi mam w bagażniku. Ile w tym słowach duchowej głębi! Przez ile wymiarów musiała przejść ta myśl, żeby zrodzić tak niezwykłe zdanie? Już chyba nie widzę drogi, tylko wpatruję się z czułością w łagodne rysy natchnionej dziewczynki, w te złociste warkocze tak brutalnie przez mnie wytargane. Kiedy mam już pewność, że widzę nad jej głową delikatną aureolę (a może i aurę, wszystko jedno), moja córka kończy zdanie, które – jak sądziłam – skończyła przed minutą:


- No ale jak chłopak mógł urodzić?

Chłopak.

– Kto? – pytam, bo jeszcze się łudzę, jeszcze trzymam w głowie anielski obraz sprzed kilku chwil.

– No chłopak – powtarza.

Zjeżdżam na prawy pas. Lewy jest dla zwycięzców. A ja tylko przez minutę byłam matką Tej-Które-Wie, która ma trzecie oko i wszystkie czakry na oścież pootwierane. Teraz jestem mamą dziewczynki, która nazywa Boga „chłopakiem”. I wcale się przy tym nie śmieje. Ona chyba naprawdę tak sobie Boga wyobraża: trampki, bluza przewiązana w pasie i deskorolka w komiksowy deseń. Coś tu jednak, Anka, poszło nie tak. Sakramencko nie tak.

Próbuję jej coś mówić o Trójcy Świętej, ale nic mi tutaj nie pasuje. Idę w cieślę Józefa, lecę z gołębicą, potem przywołuję Maryję… Jest coraz gorzej. To tłumaczenie jest tak mętne, zawiłe i absurdalne, że chyba sama już siebie nie słucham.

Na szczęście mała nieświadomie pomaga mi wyjść z impasu. Traci zainteresowanie boskością naszego pochodzenia, bo ma nowy, ważki temat do dyskusji. Oświadcza na jednym oddechu:

– A na ten występ jasełkowy to ja chcę mieć fioletowe włosy, pomalowane paznokcie i jeansy z dziurami.

Zdejmuję nogę z gazu, bo ciągła linia na drodze za bardzo zaczyna mi przypominać obraz z ekg, ten na chwilę przed „Bardzo mi przykro”. Teraz wyobrażam sobie moje ukochane, niewinne dziecko, jak stoi w najmroczniejszym zakamarku, gdzieś pod szkołą (pewnie jeszcze podstawową). Głowę ma posępnie spuszczoną, postrzępione włosy zakrywają pół twarzy. Znudzonym głosem pyta kolegę, który patrzy tępo przed siebie:

– Dasz zajarać?

Aureolę zastępuje kolisty dymek, który mała wypuszcza z taką wprawą, jakby pierwszego macha wzięła już na porodówce.

Włączam radio i już tak sobie jedziemy prawym pasem, w ten prawie idealny dzień.

Moja córka jest jak fale na jej włosach, gdy po nocy rozplatam jej warkocze. Najpierw mienią się złotem, by za chwilę ukazać wielki matowy kołtun. Czyli jaka, no jaka ona wreszcie jest? Gdy się szykuję, żeby nakleić jej etykietkę i choć na chwilę zatrzymać stale zmieniający się obraz, ten mały człowiek jest już gdzie indziej.

I niech tak będzie już zawsze. Gdy w przyszłości ktoś zechce ją ocenić, że grzeczna lub nie, pokorna lub zbuntowana, uprzejma po mamusi albo w tatusia niepokorna, gdy zechce ją wcisnąć do ciasnej szuflady swoich wyobrażeń, ona mu wymknie się niepostrzeżenie i tak tupnie w stół, że aż wszechwiedzącemu palce szuflada przytnie. Albo na tym samym stole wykręci piruet tak doskonały, że obserwator oniemieje, tracąc zdolność do wyrażenia jakiejkolwiek opinii.

Niech zrobi cokolwiek, byle tylko nie uwierzyła w to, co na jej temat sądzą inni. Bo z tej niewidzialnej pułapki wydostać się jest znacznie trudniej niż z widocznego na zdjęciu kartonu.

Informacja dla wrażliwych: tak, w końcu ją z kartonu wypuściłam. Kurier się spóźniał; nie chciało mi się czekać. Poza tym ona i z Kirgistanu wróciłaby pieszo do domu, więc tylko straciłabym sporą sumę na przesyłkę ;-).

SHARE