Czy na pewno chcesz wiedzieć, jakie lektury czytają w szkole dzieci?

Anna Ślubowska / 9 maja, 2020

Przekonałam się dziś, że czasem warto sprawdzić, jakie to ciekawe książki czytają w szkole dzieci. Bo to niby takie o kotach, o przyrodzie takie, a gdy się bliżej przyjrzeć…

 

 

 

Zaczęło się od tego, że babcia mojej córki, a moja mama, powiedziała do niej wieczorem w sobotę przed snem:

– Ty się, Ala, dobrze wyśpij przed jutrem.

Brzmiało to trochę jak coś pomiędzy obietnicą a groźbą. W każdym razie było w tym wyczuwalne napięcie.

– A co ma być jutro? – zapytałam, bo prócz powrotu do domu nie planowałam nic spektakularnego.

– No żeby przebrnąć tego „Filonka Bezogonka” trzeba naprawdę dobrze się wyspać – wyjaśniła mama ze śmiechem. A babcia Ali, z racji zawodu, kanon lektur znała na pamięć, więc wiedziała, co mówi.

Ja o tej książce wiedziałam tylko tyle, że tytuł ma, powiedziałabym delikatnie, infantylny, ale w sumie książka dla ośmioletnich dzieci, więc w porządku . Gorzej, gdyby miała przeczytać „Myszkę bez pyszczka”, dwie części „Sówki bez główki” albo inny horror w stylu „Wilka bez tyłka”, czyli opowieści z lasu pełnego zwierząt bez dość strategicznych części ciała. Uznałam więc, że nie jest źle; niech czyta to coś bez ogonka, no bo szkoła, obowiązki i ogólnie czytanie dobra rzecz.

Korciło mnie, żeby jednak zapytać małą, czy ta książka jest fajna. A zawsze, gdy mnie korci, to potem żałuję. Ale stało się. Wielka znawczyni literatury wygłosiła opinię:

– Jest głupia, nudna i bez sensu.

– A – tylko tyle mi przyszło do głowy, bo wypowiedziała te słowa tak szybko, że nie zdążyłam ich poprawnie przetworzyć w tym okrągłym na samym końcu szyi.

Pocieszyłam się, że zazwyczaj uprzejmie z niej dziecko, więc w szkole na pewno jakoś łagodniej wyrazi swoje uznanie dla tej lektury o okaleczonym zwierzątku.

Słowo „okaleczonym” uruchomiło jednak inne skojarzenia. Zaczęłam się zastanawiać, czy w tym wszystkim nie ma przypadkiem drugiego dna? Może chodzi o zawoalowaną kastrację, bo wiadomo, że tak się z kotami postępuje. Zajrzę do środka – pomyślałam.

Otworzyłam książkę na chybił trafił i czytam:

„Niech jajka nikt nie rozchlapie

na brodę swojemu papie”.

Kurczę, myślę, to jest jednak kawał dobrej literatury. Potem rzuciłam okiem na pierwsze zdanie jednego z rozdziałów: „Obora była po staroświecku zaciszna”. To była obietnica niekiepskiej akcji. Już wtedy zaczęłam podejrzewać, być może – nie że na pewno, ale być może – ta moja literacka malkontentka mogła mieć trochę racji. I zrobiło mi się szkoda mojej córki. Ale nic to, czytam dalej. Jeśli macie słabe nerwy, zatrzymajcie się na tych słowach ;-).

– No ale chodźmy dalej –ciągnęła po chwili – Bywaj zdrów, Pipuś! (O żesz, tłumacz popłynął.)

– Do widzenia, Papuś – powtórzył za nią Filonek.

– Do widzenia, Pipuś, Papuś! –powiedzieli potem oboje razem i poszli dalej.

A teraz clou programu:

– Czy chcesz, żebyśmy poszli do chlewa? – spytała Stina Filonka.

Kto by się oparł takiej propozycji? No kto? Nie jestem pewna, co mnie powstrzymało przed dalszą lekturą. Może była to pruderia, może onieśmielający romantyzm tej sceny. Rzuciłam tylko okiem na ciąg dalszy (to dla tych, którzy się wciągnęli). Otóż Filonek wolał jednak iść do stajni. Niegrzeczny Filonek. Niby to takie bez ogonka, ale fantazji chłopakowi odmówić nie można.

Obora, chlew, stajnia i te figlarne zwierzątka… Poszłam do córki, żeby uratować jej dobry smak i dziecięcą niewinność.

– Ala – mówię tonem tej, która umie się przyznać do błędu – słuchaj… ten rozdział dziewiąty, no„Państwo Gryzoniowie i coś tam”, jest naprawdę trochę dziwny.

Na co Ala, udając zakłopotanie, bo niby już książkę skończyła:

– No tego rozdziału to akurat nie przeczytałam.

„Tego”, „akurat”. Całość rzekomo przeczytała, ale tego prawie w środku to „akurat” nie. Normalnie to bym rozpoczęła długa a mądrą litanię, że kłamać to nieładnie, że mnie mały człowiek robi w konia (sic!), ale i tym razem starczyło mi tylko wyobraźni na reakcję pt. „Aha”. Jak by na to nie spojrzeć, uratowałam dziecko przed widokiem podejrzanych harców w naprawdę mało wyszukanej scenerii ;-).

Także teraz, zanim pozwolę jej przeczytać „Księgę dżungli” albo inne „W pustyni i w puszczy”, zadam sobie trud i sprawdzę, o co tam NAPRAWDĘ chodziło. Ten „Latarnik”, tak sobie myślę, też nie był taki całkiem niewinny, prawda?

SHARE