Jak spędzić niezapomniane wakacje w Prowansji

Anna Ślubowska / 31 sierpnia, 2020

Delikatny zapach lawendy unoszący się w powietrzu, śpiew cykad, które tworzą nad rozgrzaną ziemią falujący dywan dźwięków, różowe, schłodzone wino popijane niespiesznie we wspaniałym towarzystwie. Czy istniej coś, co mogłoby zepsuć ten idylliczny obraz wakacyjnego wieczoru w Prowansji? Istnieje. I niełatwo o tym zapomnieć nawet dwa lata po tym zaskakującym, budzącym odrazę, ale i szacunek, spotkaniu.

 

Wieczór na tarasie bardzo, bardzo starego domu w małym prowansalskim miasteczku w pobliżu Apt. Nie możemy rozłożyć leżaków nad brzegiem basenu i robić sobie zdjęć nad błękitną wodą, pozować nad jego brzegiem, mając w tle urokliwy zachód słońca, bo po prostu nie mamy basenu. Ale taras – owszem. I to jest nasza największa radość: stary, nieco zaniedbany taras na pierwszym piętrze wynajętego domu. W tym domu, którego wnętrza znacząco odbiegają od tego, co obiecywały nam zdjęcia na jednym z popularnych portali, przebywamy dość niechętnie. Po znalezieniu mocnej trucizny na gryzonie (fr. bloc des rongeurs) w każdym rogu pomieszczenia: za szafą, za komodą, za łóżkiem ja nie przebywam w środku prawie wcale. Nad moim łóżkiem, w suficie znajduje się dziwny właz, znad którego co wieczór dobiegają dźwięki podobne do szurania. Pewnie ptaki znalazły sobie schronienie na strychu – ta myśl uspakaja mnie co wieczór i pozwala mi zasnąć. Bo ten czarny, metalowy właz znajduje się dokładnie nad moją głową i nie wygląda na szczególnie solidny.

Tuż po kolacji na tarasie najmłodsza z nas, moja roześmiana córka, buja się na leciwym, stanowczo dla niej za małym koniku tak mocno, że za każdym razem widzę wyobraźni jak robi fikołka w tył albo ląduje na rosnącym na wyciagnięcie ręki drzewie laurowym (fr. laurier). Po prawej od wejścia wisi stare siodło. Nie rozumiemy, czemu ktoś znalazł mu miejsce na balkonie. Co wieczór siadają na nim wielkie ćmy, więc może to był jakiś niezrozumiały ukłon w ich stronę?

Po upalnym dniu, gdy mała powoli robi się śpiąca, stawiamy na stoliku butelkę różowego wina z pobliskiej winnicy i rozmawiamy.  Śmiejemy się niezbyt głośno z nadzieją, że we względnej ciszy siedmioletnia, zmęczona całodziennym zwiedzaniem dziewczynka wreszcie zaśnie. Zastanawiamy się, dokąd jutro wybierzemy się na obiad, czy wyjazd na jeden dzień do Grasse, Aix-en-Provence czy Roussillon na pewno ma sens? Jest tyle miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć.

Jednak każdego wieczoru około 22:00 wszyscy milkniemy. Po fasadzie budynku, po prawej stronie tarasu coś biegnie z góry na dół. Codziennie. Kiedy dzieje się to po raz pierwszy, jesteśmy nieco zaniepokojeni, ale w kolejne dni po prostu rejestrujemy ten fakt i ze spokojem wracamy do rozmowy. Co w tym dziwnego, że w Prowansji jaszczurka co wieczór przebiega po ścianie budynku, na sam jego szczyt? O tym, że to jaszczurka, informuję wszystkich z nieukrywanym znawstwem przedmiotu ja; przecież to nie pierwszy raz, gdy jestem w tej części Francji, więc wiem, co tutaj nocami biega. Wszyscy biorą moje stwierdzenie za fakt.

Tak mi się przynajmniej wydaje do momentu, gdy w drodze powrotnej przyjaciele wyjawiają mi tajemnicę nocnych wędrówek: „Bo wiesz, gdy kiedyś weszłaś do środka domu, a my zostaliśmy na tarasie sami, okazało się, że to, co uważałaś za jaszczurkę, to nie była żadna jaszczurka. To był ja-szczurek”. Bardzo ich rozbawiła ta gra słowna, a najbardziej chyba wyraz mojej twarzy. „Że co?” – zapytałam z przerażaniem. „Pewnego wieczoru, na początku naszego pobytu, gdy zeszłaś do kuchni, szczur wbiegł na taras. Był ogromny. Popatrzył na nas przez chwilę i pobiegł na górę, jak zawsze. Nad tym włazem, nad twoim łóżkiem, musiał mieć po prostu młode, którym donosił jedzenie. Nie mówiliśmy ci o tym, bo wiedzieliśmy, że cię to przestraszy”. Mieli oczywiście rację. Gdybym znała ich tajemnicę, pewnie do końca pobytu spałabym w samochodzie. I to z otwartymi oczami.

W moim wyidealizowanym, starannie pielęgnowanym przez lata obrazie Prowansji  nie było miejsca na straszne, nawet najbardziej inteligentne szczury. Ale gdy teraz o tym myślę, przypomina mi się francuskie wyrażenie: être rat (dosł. być szczurem), które oznacza : być chciwym. Otóż my, podczas naszych prowansalskich wakacji, na pewno chciwi nie byliśmy: resztki z naszych ciągnących się długie godziny kolacji, po których nigdy nie chciało nam się sprzątać, na pewno nakarmiły urocze stadko rezydujące nad moją głową. A dzięki ja-szczurkom ten kilkusetletni dom tętnił życiem zawsze, nawet długo poza sezonem. Oj, tętnił, chrobotał i szurał. Jak to dobrze, że miałam wokół siebie ludzi, którzy potrafili tak przekonująco kłamać do końca naszego pobytu. Jeśli wyjawiliby mi prawdę, mogłoby się okazać, że to, co uderzą nocą w szyby samochodu, do którego uciekłam na noc, to nie koliberki z moich naiwnych wyobrażeń, tylko nietoperze. I gdzie ja bym wtedy spała, skoro cały wakacyjny budżet ulokowałam w „wyjątkowym, klimatycznym domu w bardzo starym prowansalskim miasteczku”?

SHARE